Szukaj na tym blogu

niedziela, 16 lutego 2014

Buły fatimskie :p

Kto zagląda ten pamięta, że zeszłoroczne Walentynki, nie były pasmem sukcesów, a wręcz – jak zwykle - odwrotnie! Postanowiłam zatem oszukać czyhający zły los i już zawczasu przystąpiłam do planowania bieżącego święta zakochanych, które przypadkowo zbiegło mi się również z dwudziestoleciem owocnego w Juniora i liczne przygody, związku.

Po zapoznaniu się z dostępną w Internecie ofertą, wybrałam romantyczny rejs promem Stena Spirit. Po pierwsze, 24 – godzinny pobyt na statku, nie wydawał mi się szczególnie męczący. Wszystkie rozrywki na miejscu. Kilka knajp, barów, dyskoteka i przytulna dwuosobowa kabina bez okien, żeby znikający cyklicznie horyzont nie uruchomił przypadkiem niefortunnej serii zdarzeń, której nie zapobiegłby nawet aviomarin... Jak się później okazało, nadzieja na brak zmęcznia, była dość płonna, gdyż Małżon odnalazł szczęście w lataniu co chwilę po trzy piętra w górę i dół, w czym byłam zmuszona mu towarzyszyć. I na nic zdały się dramatyczne prośby o korzystanie z windy. Do 22.00 pokonałam schodami kilka kilometrów!


Po wtóre, fajnie tak gdzieś wyjechać z chałupy na krótki czas, choć zdaję sobie sprawę, że Małżon ma prawdopodobnie zupełnie inne oczekiwania. Tak czy siak – nie o jego marzeniach przecież tutaj rozmawiamy! Była lekka niepewność, co do tego czy w ogóle przyjedzie o czasie do domu, ale rozwiałam ją umawiając się awaryjnie z kilkoma koleżankami. W ten sposób uniknęłam sytuacji, że nagle, któraś nie może i mi się w ostatniej chwili wycofa. Taki szatański plan!

Małżon przyjechał. Dał również odczuć przedsmak Walentynek wręczając mi w przeddzień prezent. O Boże! Pamiętał – pomyślałam zachwycona, zupełnie niepomna, że prezentem bywało wcześniej na przykład zdjęcie serca wykonanego z własnoręcznie ubitych much. Hiszpańskich nomen omen.


Tym razem dostałam... obierak do kartofli. Ale nie taki zwykły, co to byle szmundak ma w swojej kuchni (przekonywał Małżon), tylko taki z najlepszej szwajcarskiej stali! W taką stal uzbrojona jest cała szwajcarska armia, a jakby lepiej pogrzebać to pewnie nawet gwardia z Watykanu. W końcu te ich halabardy nie mogą być zrobione z jakiegoś szajs-metalu. Cóż było robić? Musiałam się ucieszyć. Wszak te dwadzieścia wspólnych lat, nie strzeliło nam dlatego, że poddawałam wątpliwości dary od Małżona... Zagryzę zęby i wytrzymam! 


Podróż na statek poszła nader gładko. O czasie, a nawet przed, zameldowaliśmy się na odprawie. A tam dyskusje i komentarze: „ Haha, patrzcie, biedne Polaczki płyną sobie w walentynkowy rejs, pewnie myślą, że dostaną do biletu darmowy aperitif, haha!”. Ci co się tak od narodowości własnej, subtelną kreską odcinali, najpewniej jechali w jedną stronę do roboty. Małżon chciał nawet spytać, czy by nie mogli mu załatwić kilku świeżych płatów dorsza, co go filetują w szwedzkiej przetwórni za korony - ale duch Walentynek ostatecznie zwyciężył. Afery nie było. 


A na promie, pierwsze kroki skierowaliśmy do jadłodajni, najeść się tych wszystkich afrodyzjaków z morza oraz wychylić toast drinkiem (koniecznie z parasolką). Teraz można już było szykować się na party życia, reklamowane w ofercie przewoźnika. W tym celu zabrałam ze sobą niedzielny komplet, który jeszcze miesiąc wcześniej, wydawał mi się idealny na takie okazje. Jak tylko się przebrałam, tę pewność utraciłam bezpowrotnie! Zwłaszcza te kabaretki, to jakiś totalny niewypał!


Małżon przyglądał się z zainteresowaniem, jak miotam się po niewielkiej powierzchni kabiny i desperuję nad swoim niezadowalającym wyglądem. Wreszcie spytał, co konkretnie mi się nie podoba? Miałam lekkie opory przed wskazaniem osobistych defektów, ale co tam (dwadzieścia lat i w ogóle), odpaliłam więc: „Widać mi buły nad kolanami!” Mój mąż wkurzył się, jak to tylko on potrafi i ryknął, zupełnie niewalentynkowo: „Ty jesteś nienormalna! Większość bab na tym cholernym statku, poszłaby na takich bułach do Fatimy, dziękować Bogu za zgrabne kolana!!!” I w ten oto sposób, wizja pielgrzymki "bab na bułach", uratowała resztę wieczoru. Choć oczywiście tańczyć poszłam w dżinsach! :p

8 komentarzy:

  1. Porządne chłopisko, ma dobry gust!
    Kościejowatym szczudlarom mówimy: Alea iacta est! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację! Do kobiet i obieraków :D

      Usuń
  2. Zając... zając... Chyba nie! :p

    OdpowiedzUsuń
  3. I jak tu z takim Włatcą Móch się nudzić .i narzekać :P .Tańcz.. i nie grzesz więcej :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tańczyłam! I to w rytm: "Ona tańczy dla mnie" :)

      Usuń
  4. Serce z much - bezkonkurencyjne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też myślę, że nie każdy może się pochwalić takim dowodem walentynkowej pamięci :D

      Usuń