Szukaj na tym blogu

niedziela, 18 sierpnia 2013

Lato się kończy:p

Czas jednak leci zupełnie niemiłosiernie. Doszło do mnie, że nieuchronnie zbliża się koniec następnych wakacji. Co prawda „wakacje”, rozumiane jako dwumiesięczna przerwa od szkoły i pracy, nie bardzo mnie już dotyczą, ale termin żyje we mnie cały czas. Tymczasem sierpień wszedł w swoją drugą połowę, co oznacza kilka rzeczy:
  1. niedługo zrobi się beznadziejnie zimno, trzeba będzie odpalić piec gazowy i martwić się, czy styknie na rachunek,
  2. niedługo Junior rozpocznie naukę w nowej szkole i trzeba będzie martwić się, czy oprócz rozpoczęcia, także ją kontynuuje.
  3. niedługo będzie się wstawać do pracy po ciemku, i wracać z niej po ciemku.
Więcej zmartwień nie pamiętam. To takie główne, których nieuchronność, wkurza mnie zawsze w tych okolicach kalendarza. Niektórzy czytelnicy pewnie pamiętają, że analogiczny czas, w zeszłym roku, dostarczył mi zmartwień jeszcze gorszych, ale o tym sza! Nie ma co budzić diabła, skoro smacznie śpi. Ja mu nie żałuję! Niech odsypia.

Moje wakacje można podsumować w kilku ważnych punktach. Po pierwsze, jak zawsze urlop = remont! Tym razem całą trzyosobową rodziną, odgruzowaliśmy miejsce, zwane pieszczotliwie „sypialnią”, a które w rzeczywistości było składzikiem, w większości niepotrzebnych gratów oraz placem zabaw dla kota. Tygodniowy front robót, znacznie zmienił sytuację i teraz nawet tam czasem sypiam. Małżon stwierdził, że absolutnie, nie może mnie zostawiać na czas wyjazdów z taką wiochą, do której nie da się zaprosić bez obciachu potencjalnych absztyfikantów! Taki format człowieka! :p 

Potem 2/3 składu brygady remontowej wyjechało razem w trasę, zostawiając mnie z bajzlem do ogarnięcia. Przy szorowaniu schodów i reszty chałupy, pociechę niosły mi wyłącznie empatyczne SMS-y w stylu: „Właśnie kąpiemy się w oceanie”, albo „ Jesteśmy na plaży nudystów” tudzież  "siedzimy sobie pod palmami"...

Poza remontem, na wakacje złożył się też wyjazd do Krynicy Morskiej. Jedna doba w kiczowatym hotelu „Landrynka”, gdzie zadaliśmy szyku na parkingu rzężącą skodziną. Wyjazd miał na celu przywołanie wspomnień z wojska Małżona, który w ubiegłym wieku, opomiarowywał to miejsce pod względem hydrograficznym (cokolwiek to znaczy). Wspomnienia wróciły jako żywo... 


Uczestnictwo w trzech grillach. Dwa w wersji wychodnej, a jedno u mnie w dachowej grilloprzestrzeni, o którym zostałam poinformowana w sposób następujący: „Ewa! zapraszam Cię na grila u Ciebie! będą też Troccy i Ty też możesz kogoś zaprosić!” . Dalej już słabo pamiętam! :p 


Innym razem o 22.30 w piątek, dowiedziałam się, że następnego dnia rano, wyjeżdżam do Warszawy na koncert zespołu, który co prawda słabo mnie jara, ale wiadomo, każda spontaniczna akcja, ma u mnie wielkie szanse na realizację! Większość moich znajomych, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, i dlatego zresztą są moimi znajomymi.

Aaa, muszę jeszcze koniecznie włączyć do tych wakacyjnych wspomnień, wycieczkę po Oruni, w której pełniłam funkcję przewodnika dla znanej, gdańskiej pisarki Hanny Cygler. W jej najnowszej powieści, pojawi się postać, która mieszka tutaj, w niebanalnych okolicznościach przyrody i którą obserwowane życie, inspiruje do pisania poczytnych (mam nadzieję) horrorów! :p Tak więc, przysłużenie się narodowi, do uwiecznienia Oruni w książce, uważam również za wakacyjny sukces, a książki już nie mogę się doczekać! :p

2 komentarze:

  1. u mnie remontowany był jedynie stolik, a goście przyjechali do mnie a nie ja w gości więc się nie liczy ;-) bardziej mnie jara perspektywa jesiennego grzybobrania :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Stolik też był remontowany. Tarasowy, który dogorywał całą zinę na chłodzie i wilgoci. Małżon z rozpędu podrasował i jego. A na Kaszubach, przynajmniej póki co, ewidentny brak grzybów! :p

    OdpowiedzUsuń