Szukaj na tym blogu

wtorek, 4 grudnia 2012

Ostrzeżenie wychowawcy! :p

Grudzień to taki czas, że w człowieku jakoś wzbiera nostalgia. Wspomina sobie różnych tam sąsiadów, poprzebieranych za Mikołajów z reklamówkami plastikowego szajsu w rękach. Matko! Jak ja się bałam tego Pinokia! I tego, że to samo mi się zrobi z nosem od kłamania! :p

Z dużą nieufnością, podchodziłam także do lisich zwłok na kołnierzach, które władczą łapą z długimi pazurami, obejmowały w posiadanie sezonowe paltoty. Brrr. Mikołaj, którego pamiętam, był właśnie w takim outficie. Co gorsza, chwilę po wręczeniu Pinokia, okazał się być kobietą! Sąsiadką, z którą przyjaźniła się moja mama. Pani Gulińska była przesympatyczną kobietą, która od najmłodszych lat usiłowała pobudzić mnie intelektualnie i to nie tylko Pinokiem.
-  No, jak się nazywam? Powiedz Ewuniu. Gu... Gu... - podpowiadała życzliwie pani Gulińska.
-  Gówno! - wykrzykiwałam zwycięsko. A ona się wcale nie złościła, tylko cierpliwie indagowała dalej.
-  Nieeee! Inaczej, spróbuj jeszcze raz, przecież wiesz! Gu... Guuu...?
-  Guuupia? - Spudłowany pierwszy strzał, pozbawił mnie bowiem pewności siebie.
 
Mama do dziś kraśnieje z zażenowania, że wiecznie jej robiłam jakąś obiektywną wiochę. W odróżnieniu od mojego przegrzecznego starszego brata. Opowiadając anegdoty związane z jego dzieciństwem, matka też kraśnieje, ale dla odmiany z dumy. A to, jak maluszek bawił się w białym ubranku na hałdzie węgla i wrócił do domu bardziej czysty niż wyszedł (sic!). Albo kiedy, w trudnych czasach komuny, wysłała go po sprawunki, przykazując wyraźnie, by grzecznie ustawił się w kolejce. Kiedy nie wracał dłużej, niż przewidywał czas nawet najbardziej zawziętego peerelowskiego ogona, poszła go poszukać. I co się okazało? Że ta smętna faja, stała w pustym sklepie i czekała aż zejdą się ludzie i uformują kolejkę, żeby dopiero wtedy „grzecznie w niej stanąć i kupić co trzeba”... I ja z nim mieszkałam w jednym domu!

A teraz mam to samo z Juniorem. Wdał się w wuja! Grzeczny, poczciwy chłopak. Taki co to mu się ufa, można liczyć na niego w każdej sytuacji, a ciśnienie starym podnosi tylko widokiem własnego   pokoju. Aż do dziś! Otóż zwyczajowe odpalenie w Internecie dziennika elektronicznego (przekleństwa naszych czasów i naszych dzieci), zaskutkowało tym, że znalazłam wiadomość o tytule, pisanym caps lockiem: „OSTRZEŻENIE WYCHOWAWCY!”. 


Uuuuu. Zatem skończyły się żarty, zaczęły się schody! W dobie dokonań gimbusów na niwie bycia w opozycji do wszystkich zasad i norm społecznych, gwałtów, filmików, koszy na nauczycielskich głowach, wandalizmu itp., aż bałam się zaglądać w treść wiadomości. Ale się przemogłam, a tam reszta, równie enigmatyczna co tytuł:

„Szanowni Państwo!
  Z przykrością informuję, że ze względu na naruszenie zasad regulaminu naszej szkoły
Państwa syn otrzymał OSTRZEŻENIE WYCHOWAWCY.
Z poważaniem
…............. „
Matko Bosko Częstochowsko! Miałam rację, jest jakaś gruba afera. Junior wdał się w jakąś intrygę, która dostarczy mi rodzicielskich emocji za wszystkie czasy! W zasadzie już w tym momencie mam ich nadto!
-  Junioooooor, co to znaczy „OSTRZEŻENIE WYCHOWAWCY”?
-  Nooo, że obniżają ocenę z zachowania!
-  A czymżeś zasłużył? Tylko szczerze!
-  Nooo, pomagałem panu woźnemu ( bo mnie prosił),w czasie lekcji nosić takie duże, drewniane wieszaki i jak skończyłem tę robotę, to zjechałem jedno piętro windą dla niepełnosprawnych... A nie można!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz