Szukaj na tym blogu

piątek, 24 sierpnia 2012

Okno na świat :p

Wczorajszy dzień rozpoczęłam od poszukiwania Niemca. Faszysty ściślej mówiąc... Orunia to dzielnica o charakterze małego miasteczka, albo wiochy – jak kto woli. Wszyscy znają wszystkich i doskonale wiedzą, kto z kim pije, kto przehulał rodzinny majątek albo kto wysługuje się gangsterom (mamy takich).

Gawędząc ostatnio z kimś na kształt lokalnego celebryty, dowiedziałam się, że jakiś czas temu, robotnicy pracujący nad remontem kanału Raduni, w rejonie Oruni i Lipiec, podobno wygrzebali z mułu Niemca... Opowieść była dość szczegółowa. Niemiec miał mundur żandarma i wyłowiono go w pozycji charakterystycznej dla tych, którzy zarobili kulkę i wpadli do wody. Wiadomo, że w czasie wojny, takich wpadających było sporo, a rzeczny muł ponoć działa jak formalina, doskonale konserwując to, co się weń zakopało. Tymczasem żadne media jakoś o tym nie wspomniały...

Jako solidna orunianka, przedłużyłam sprawę dalej. Żeby mieć lepszy zasięg od takiej zwykłej plotkary, od razu pognałam do zaprzyjaźnionego lokalnego dziennikarza powierzając mu zasłyszanego newsa. Umówiliśmy się na wspólne szukanie Niemca poprzez przepytywanie robotników na wale. Ci zgodnie twierdzili, że w toku prac remontowych, natykali się tylko na jakieś stare gary, a o Niemcu pierwszy raz słyszą! Oficjalnie zaprzeczyła także firma. Newsa szlag trafił, a gostek, którzy rzekomo opowiadał o tym wspomnianemu celebrycie – wszystkiego się wyparł. 

                                                              element scenografii

Cóż, nie będziemy chodzić po tym wale jak pajace. Nie ma Niemca, to trzeba znaleźć jakiś inny zapychacz dla oruńskiego portalu... Wiedzieliśmy, że akurat gdzieś w pobliżu mieszka ciekawy człowiek, twórca pierwszej prywatnej telewizji w Polsce, znanej w Trójmieście na początku lat dziewięćdziesiątych... Popytaliśmy ludzi i zgodnie z ich instrukcjami, minęliśmy kotwicę, brzozę rosnącą na chodniku i weszliśmy na docelowe podwórko...

Objawił nam się pierwszy medialny kapitalista. Trochę wczorajszy, ale to przecież prawdziwy oruniak, więc takie jego święte prawo! Gościnny gospodarz, najpierw pochwalił się domowym „calvadosem” bąblującym w wielkich gąsiorach. Jabłka z własnego sadu. Do jedzenia się już za bardzo nie nadają, bo zdziczały, ale wino jest z nich przednie! I musy jeszcze. Mus to najlepszy jest z „hitlerów”. Tak mówiła jego babcia na owoce z najstarszej jabłoni, która rosła tutaj już za Niemca. Hurra, jednak znaleźliśmy jakiegoś najeźdźcę. Nie w mule ale w sadzie. Od biedy może być... 

                                                               Maszt antenowy

Siedzieliśmy tam ponad trzy godziny. Dziennikarz, nagrał na dyktafon ciekawe wspominki o oruńskiej dumie – naszej telewizji. (Do przeczytania tutaj).  A były to czasy, że nie było jeszcze ACTA i na legalu można było piratować wszystko... Najpierw więc mieszkańcy oglądali do wypęku pornole z kaset VHS, a jak się już TV rozkręciła, to były tam nawet jakieś realizacje ze „studia”. Koncerty życzeń, listy przebojów a przede wszystkim – relacje na żywo z tego, co aktualnie działo się w dzielnicy. Z imprez na przykład. „Mmmmm, jakie wtedy robiliśmy imprezy!”. Nasz bohater, wyraźnie się ożywiał jak o tym mówił. Gdy leciały te pornole, to we wszystkich okolicznych domach paliło się światło. Pamiętajmy, że to były czasy, kiedy w Polsce były tylko dwa programy telewizji publicznej, a na Oruni taki „Zachód”...

Teraz po dawnej świetności pozostał tylko zwalony przez wichurę maszt antenowy. Jakimś cudem nie dotarli jeszcze do niego złomiarze. A kiedyś wystarczyło zadzwonić do kumpli z pułku lotniczgo w Pruszczu, żeby uzyskać obraz Oruni ze śmigłowca. Nikt z tego nie miał kasy, ale zabawa była super, a mieszkańcy cenili i szanowali swoje medium. Syn na komputerze Spectrum, robił reklamy lokalnym sklepom i usługodawcom. Szły w pasku na dole. Czasem ktoś przynosił za to co łaska, jakieś ryby albo flaszkę...  Sky Orunia, to było coś na kształt społecznego ruchu. Dziś nie byłoby to już możliwe! 

                                                                     "hitlery"

Na koniec, dostałam od gospodarza wielką siatkę z „hitlerami” na mus, słonecznik, świeżą miętę i zaproszenie na czas, gdy calvados w łazience do końca się przedestyluje. Lubię tutaj mieszkać!

2 komentarze:

  1. :) świetne :) zwłaszcza info o calvadosie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mus z "hitlerów" pierwsza klasa! W życiu nie widziałam tylu pektyn :) Tym bardziej jestem ciekawa efektu domowego calvadosa...

    OdpowiedzUsuń