Szukaj na tym blogu

piątek, 18 maja 2012

Wyprawa :p


Podróż do Anglii zaczęła się od ogarnięcia lotniska w Rębiechowie. Po pierwsze polazłam z wielką walizą tam, gdzie sprawdzają bagaż podręczny. Celnik lekko zbladł, kiedy zobaczył co chcę przecisnąć przez bramkę wielkości kociej kuwety... Musiał już mieć jednak do czynienia, nie z takimi ofiarami jak ja, bo skierował mnie we właściwe miejsce, gdzie wielkość pakunku, nikogo już tak bardzo nie dziwiła. 



Większość współpasażerów stanowili Polacy, którzy pod rządami królowej, znaleźli swoje miejsce w życiu, albo dopiero próbowali je tam znaleźć... Stres podróżny, objawiał się głównie upojeniem alkoholowym, którego osiągnięcie przez dwie godziny lotu nie jest proste, więc szacun! :p

Na miejscu przywitał nas ziąb i mżawka, ale w sumie tam podobno zwykle jest ziąb i mżawka, więc nie ma o czym gadać tak naprawdę. Ważne jest to, że oprócz zimna powitała mnie także koleżanka, na której zaproszenie udałam się w tę swoją „podróż życia”. Pozostało jeszcze przejechać około siedemdziesięciu mil, po niewłaściwej stronie drogi, co samo w sobie było emocjonujące.

Ziąb i mżawka towarzyszyły nam przez cały czas. Wpadłam w jakiś permanentny dygot, który nie opuścił mnie już do końca pobytu. Następnego dnia, spacerowałam po przedmieściach Coventry, podziwiając tradycyjną, wiktoriańską zabudowę, a przede wszystkim dość roznegliżowanych ludzi, którzy za nic mieli deszczową aurę i zaklinając rzeczywistość, wyglądali jak na wczasach w Costa Brava. Brrrr!

Dowiedziałam się, że za naddarty banknot z wizerunkiem królowej, idzie się do ciupy. W sumie mnie to nie dziwi, bo królowa urodą nie grzeszy nawet na całym banknocie, a co dopiero w taki podły sposób – jeszcze bardziej oszpecona... Naszych rodzimych królów, można drzeć do wypęku i żaden nie popada od tego w kompleksy!  Oto format prawdziwych władców!:p  Natomiast końcówka angielskich rejestracji samochodowych, zawiera datę produkcji tychże. Małżon wkręcał mi jeszcze, że groźba więzienia, wisi nade mną także w przypadku, kiedy nakleję na pocztówkę znaczek z Elżbietą do góry nogami, ale to podobno tylko ponury mit... Jadłam także fish&chips. Frytki polewane octem, nieco mnie zdziwiły ale okazały się do przejścia.



Ponieważ moja koleżanka porusza się samochodem na polskich rejestracjach, a angielski przepis, pozwala aby takie auto pozostawało na Wyspach najwyżej pół roku bez przerwy, okazało się, że musimy wyjechać „na chwilę” do Francji, by zegar mógł liczyć od początku kolejne pół roku. Tak więc w piątek wieczorem, ruszyłyśmy do Dover, by stamtąd promem przedostać się na kontynent.

Cóż to była za podróż... Najpierw okazało się, że szacunek odległości, który brałyśmy pod uwagę by zmieścić się w czasie (prom odpływał o północy), jest nie do końca precyzyjny i do pokonania mamy drogę dłuższą niż zakładana. Co oznaczało, że musimy jechać szybciej... Co oznaczało, że gdy prułyśmy ponad sto mil na godzinę, owijałam się mocno wokół dostępnych uchwytów w samochodzie... Potem okazało się, że stacje benzynowe przy angielskich autostradach, są tak rzadkie jak trzeźwość na Oruni. Kiedy tablica informacyjna pokazywała nam, że pozostały cztery mile do stacji, komputer pokładowy w aucie pokazywał stan paliwa 0,00. Na oparach, albo raczej siłą woli, doturlałyśmy się do dystrybutora z paliwem. 


W porcie, kompletnie się pogubiłyśmy. Czas leciał, a my szukałyśmy drogi na właściwy prom. Udało się! Wrażenia spowodowały głód u koleżanki, która jeszcze zanim statek odbił od brzegu, zjadła frytki i klopsiki podejrzanej proweniencji. Zieleń na jej twarzy, kiedy zaczęło lekko bujać - bezcenna! ;p Jakimś cudem, utrzymała jednak klopsiki na miejscu... Trzeba było się zrelaksować idąc na pokład celem zapalenia papierosa. Doznałam zawału z przerzutami, kiedy w ciemności podeszły do mnie ubrania i poprosiły o ogień! Podzieliłam się zapalniczką i wtedy nad stojącą obok kurtką błysnęły zęby, co nieco oswoiło mój początkowy lęk o brak ciała palacza...

To zdarzenie wywołało w nas histeryczny napad śmiechu. Śmiałyśmy się tak bardzo i tak długo, że reszta współpasażerów, patrzyła na nas cokolwiek dziwnie... Zakwasy w brzuchu, odczuwam do dziś :) Rejs dobiegał końca, więc zeszłyśmy do samochodu. Nagle rozległa się głośna, podniosła muzyka, którą wzięłam za francuski hymn witający podróżnych na ichniej ziemi. Okazało się jednak, że to Pakistańczycy umilają sobie czas włączeniem radia samochodowego. 



W Calais, trzeba było zrobić szybką nawrotkę, bo miałyśmy tylko pół godziny do odbicia promu w przeciwnym, angielskim kierunku. Oczywiście znowu się zgubiłyśmy. Z pomocą nawigacji, udało się jednak trafić na ten sam prom, którym płynęłyśmy do Francji. O trzeciej rano, ruszyłyśmy z powrotem, na niemal pustym statku. Byłyśmy tak padnięte, że słabo wyobrażałam sobie jeszcze jazdę autem. I faktycznie. Powrotna droga była bardzo trudna. Żeby nie patrzeć na  koleżankę za kierownicą, której oczy zamykały się coraz częściej i na coraz dłużej – sama zasnęłam. Trzeba jej oddać, że dowiozła nas obie całe na miejsce, który to wyczyn, szczerze podziwiam. Resztę weekendu, dochodziłyśmy do siebie. Nie było więc mowy o bardziej imprezowych planach, które wcześniej miałyśmy na sobotę.

A w poniedziałek w drzwiach stanął mój osobisty Małżon, któremu tirowe trasy ułożyły się akurat tak, że mógł mnie odwiedzić na obczyźnie. Ciekawe czy polska ciężarówka, stanowi fragment terytorium podobnie jak statek? W każdym razie tak właśnie się poczułam. Dopóki Małżon nie podniósł mi ciśnienia zdjęciami z hiszpańskiej plaży z palmami, którą parę dni wcześniej odwiedził, otwierając sezon kąpielowy...

Ja wiem, że jestem beznadziejnym przypadkiem domatorstwa, który raz na jakiś czas, gdzieś się wyrywa, by przekonać się o tym, że niebo, nawet jeśli bardziej deszczowe – wszędzie jest takie samo. No może na Oruni jednak jakieś ładniejsze... :p

Z tego miejsca, chciałabym podziękować moim gospodarzom, za polską gościnność w angielskich warunkach, oraz oruńskiemu radnemu osiedla, który umożliwił mi wyjazd doglądając kota (żyje), oraz kwiatków (żyją).

 Pozdrawiam również mojego operatora sieci komórkowej, który z wyjątkową bezwzględnością pozbawił mnie w tym czasie kontaktu ze światem (włączyłam wcześniej roaming). A żebyście zrudzieli skurczysyny jedne! :p Żeby was swędziało, a ręce były zbyt krótkie żeby się podrapać!

3 komentarze:

  1. a nie chwaliłaś się że planujesz zahaczyć o żabojadów ;p no i imprezka u królowej cię ominęła ;-) a jak poradził sobie Junior zostawiony samopas bo nic nie piszesz i co z Brusem na litość!

    OdpowiedzUsuń
  2. p.s. dziś są moje imieniny!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Żaden z nich nie był samopas :) Spoko. A co do imienin, stosowne życzenia umieściłam na fejsie :D

    OdpowiedzUsuń