Szukaj na tym blogu

środa, 23 maja 2012

Wstęp wzbroniony :p


O nastolatkach napisano już wszystko. Wielkie pedagogiczne umysły głowią się, jak zbudować most komunikacyjny, między całkowicie odrębnym, pryszczatym gatunkiem człowieka w okresie pokwitania, i nie mniej, a w zasadzie to nawet bardziej - dziwnym gatunkiem człowieka dorosłego.

Na próżno! Takie poradniki są jak książka kucharska, zawierająca dania ze składników niedostępnych w zwykłych sklepach. Weźmy choćby takie Paella Marinera... Skąd ja qwa wezmę pomidory „pelati”, albo małże nowozelandzkie? W przepisie jest jeszcze mowa o pięćdziesięciu gramach „sepii”, co od razu kieruje moje myśli na potencjalne zdrapywanie do gara, fotograficznej powłoki ze starych zdjęć przodków... Ergo – niewykonalne!

Z wychowaniem jest podobna sytuacja. Niby wiem jak się za to zabrać, niby wiem co mi jest do tego potrzebne, ale wiem także, że Junior od razu pozna się na oszustwie podmianki „pelati” na zwykłego, krajowego pomidora typu malinówka.

Idę do lodówki, bo potrzebuję ser mozarella, (zdobyty nie bez trudu w oruńskim sklepie). W lodówce jednak nie ma po nim śladu. Hmm, chyba znam winnego, który zniweczył włoską kolację dla całej rodziny...
- Juniooooor! Zjadłeś cały ser? Sam?
- Nie, z chlebem! A co?

Generalnie zresztą gdy trzyma się w domu nastolatka, lodówka, powinna przyjąć wygląd pancernego sejfu z funkcją chłodzenia. A jeśli małolata, odwiedzają koledzy w podobnym wieku – trzeba już pomyśleć o zaadaptowaniu Fortu Knox. Niech jedzą na zdrowie!


Nastolatek ma również problemy logistyczne na linii pokój – pralka! Niby się myje, niby zmienia codziennie ubrania, ale za cholerę nie dostarcza ich potem tam, gdzie możliwa jest ich odnowa. Trzeba mu jednak sprawiedliwie oddać, że z dbałości o mój higieniczny stres, naszpikował ostrzeżeniami wejście do pokoju. Patrząc na czaszki i wykrzykniki, trzy razy się zastanowię, zanim zdecyduję się wejść na wrogie terytorium.

Wejść jednak trzeba, bo jeśli nie wyzbieram porzuconych skarpet, nie wygrzebię koszulek spod materaca, nie wyniosę penicyliny w szklankach i pustych pojemnikach po jogurcie – pozostanie mi pisanie trenów żałobnych zamiast tego bloga. Wiem, że Junior wykształcił odporność, która pozwala mu przebywać w tym pokoju, ale wiem także, że zaprzyjaźnione szczepy bakterii i wirusów, wciąż ewoluują i tylko czyhają na moje jedyne dziecię...

Jakby nie patrzeć, tak dupa z tyłu! Jeśli egoistycznie, postanowię nie narażać z kolei własnego żywota i nie zapędzę się w niezbadane rejony nastoletniego pokoju, zostanę wystawiona pod pręgierz pretensji pt. „Co ja mam ubrać? Wszystko jest brudne!”

To, że „szkoła jest głupia”, pamięta tak naprawdę każdy dorosły. To zresztą główny argument na wszystkie pały, nieprzygotowania itp. Choć zdarzają się i inne argumenty..
- Dlaczego z niemieckiego znowu dostałeś jedynkę?
- Oj mamooooo, nawet pani od religii mówi o tej z niemieckiego, że to kawał mendy!

Dyskusja jakby umiera! Bo jeśli menda, to przecież wiadomo, że pały stawia i stawiać będzie, bez względu na ilość wysiłku włożonego przez Juniora w naukę. Z tej przyczyny profilaktycznie, Junior wysiłku nie podejmuje!


Nic tak nie robi dobrze matkom nastolatków, jak superwizja w towarzystwie innych matek nastolatków. Dlatego cyklicznie spotykam się z koleżankami, podobnie jak ja, legitymującymi się papierami z pedagogiki, psychologii i innych tego rodzaju bzdetów. Oprócz papierów mają także dzieci w wieku dojrzewania. Każda doskonale wie, jak porozumieć się z młodzieżą. Zwłaszcza tą, której same nie trzymają w domu. Miło sobie gawędzimy o bezstresowym wychowaniu, koniecznym wspieraniu dzieciaków w trudnym okresie i takich tam...

Niedawno, po drugiej butelce wina, puściłam takiego oto niepolitycznego bąbla:
- Muszę się wam do czegoś przyznać,czasem jak jestem już całkiem bezsilna, to mam ochotę zwyczajnie wtłuc małolatowi na otrząśnięcie...
W napięciu czekałam, jak zareagują zwolenniczki hodowania dzieci bez stresu. Pewnie wyklną mnie z grupy. Albo przynajmniej walną gadkę umoralniającą...

- Boże! Dobrze, że to mówisz, ja ostatnio połamałam wieszak na swojej córce! Jest mi z tym strasznie źle... ale pomogło!

I tak oto, koleżeńska grupa wsparcia, wreszcie szczerze i bez pedagogicznego zadęcia, opowiedziała jak naprawdę wychowuje własne dzieci. O trudnych momentach i braku cierpliwości. Tylko minimalnie te opowieści odstawały od haseł głoszonych w poradnikach, artykułach naukowych czy wiedzy wbijanej w tak zwanych „szkołach dla rodziców”... Jeszcze tylko kilka lat! :p



3 komentarze:

  1. oj a jak masz dziecko inteligentne po rodzicach to po licznych testach psychologicznych mających wykazać dlaczego ma ono trudności ze złożeniem literek a za to z cyferkami to już żadnych problemów nie ma, to się okazuje że ono w swej dziecięcej przebiegłości nie uczy się bo matka to żandarm a ojciec to pięknoduch i ze względu na tak skrajne postawy rodzicielskie dziecię wybiera, która opcja jest mu na rękę i lawiruje pomiędzy nimi cyniczne wykorzystując fakt odmiennych postaw wychowawczych ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. nie ale to wcale nie oznacza że nie mogę się wypowiadać w temacie jako ekspert ;-)

    OdpowiedzUsuń