Szukaj na tym blogu

wtorek, 29 maja 2012

Nocne łowy :p


Jestem taka niewyspana... Chronicznie zresztą. Powodem, dla którego chodzę od dłuższego czasu, jak zombie, jest mój osobisty kot. Obecnie dostojny sześciolatek. Wina kota polega na tym, że kilka razy w ciągu nocy zaczyna przeraźliwie miauczeć... Pierwszy raz, punktualnie o 22.04. To jeszcze luz, bo nikt normalny o tej porze, spać się nie wybiera. Natomiast kiedy ogłuszający jazgot, występuje cyklicznie w okolicach czwartej rano, to wtedy nie ma mocnych, żeby nie poderwać się na równe nogi...

Poderwana, przystępuję do obchodu mieszkania. Hmm, kuweta czysta. Żarcie i woda, obecne w misce. Drapaczka wisi i czeka na wypruwanie wnętrzności. Sztuczne myszki, walają się w dostępnych miejscach, czekając na zabawę z kotem. Wiem, że jesteś zdrowy... TO CZEGO CHCESZ TY RUDY OSZOŁOMIE? - ryczę w ciemność. 


Nie ma w Internecie takich for dla kocich amatorów, gdzie rozpaczliwie nie pytałam o pomoc. Wszak sytuacja taka, trwa noc w noc od co najmniej pół roku! Nie pamiętam doprawdy, by świeżo urodzony Junior wyczyniał podobne breweryje. Teraz dopiero poczułam to, co przeciętna matka Polka odcięta od źródła wypoczynku. Wracając jednak do kociarskiego forum... Głównym wytłumaczeniem, na takie zachowanie jest okres godowy. Rudzielec pozbawiony męskości w sposób zasadniczy, odczuwa jednak podobno wiosenne emocje. Ponad pół roku? Od października 2011? Pieprzony romantyk...

Inne wytłumaczenie to takie, że kot zwierzęciem nocnym jest. To przypadek, że przez pięć lat, w ogóle takim nie był. W mroku czuje zew krwi, nakazujący mu łowić i mordować! I teraz poczułam gwałtowny dysonans. Teoretycznie (mieszkam na poddaszu), kot warunki do polowania ma. Nawet gołębie, zrobiły sobie kibel gdzie indziej, niż na moim balkonie. Rudzielec łazi sobie po dachu całej kamienicy, tudzież ławach kominiarskich, z upodobaniem siadając na kominie.

No tak, ale balkon jest od pewnego czasu, szczelnie zamykany na noc. Poszło o „dary miłości”. Otóż, codziennie budziłam się w łóżku z jakąś niespodzianką. Na poduszce tuż przy twarzy, znajdowałam: a to pióra wyrwane z ptasich ogonów, a to na wpół żywe pasikoniki wielkości szklanki. A to jakieś żuki. Spoko – do przejścia! Poluj sobie na zdrowie.

Pewnego wieczoru, siedząc przy komputerze, kątem oka dostrzegłam coś czarnego koło swojej nogi. Obok czegoś czarnego, siedział kot, wyjątkowo z siebie rady i dumny. W pierwszym momencie pomyślałam, że kolejnym darem, jest taki obrzydliwy, czarny ślimak, co to się włóczy bez skorupy po działkach... Potem jednak, włączyła mi się negatywna selekcja powodów, dla których czarny ogrodowy ślimak, miałby się znaleźć w moim mieszkaniu na trzecim piętrze, w centrum miasta!

Z ciekawością pochyliłam się nad potencjalnym ślimakiem, który nagle wyszczerzył na mnie zęby, rozwinął skrzydła a do tego zaczął paskudnie syczeć... Taki odgłos do tej pory, słyszałam tylko u mocno wkurzonych gąsiorów. Gąsior to jednak, także nie był! Aaaaaaaaaaaa, nie-to-perz! - zakrzyknęłam, i na złamanie karku zleciałam na dół, zatrzaskując się w pokoju Juniora. Oczywiście, jak na złość byłam sama w domu.

Co robić? Zadzwoniłam do męża, który był akurat w Hiszpanii czy innej Francji. Zupełnie spokojnie kazał mi wyjść, znaleźć nietoperza, zarzucić mu ręcznik i wytrzepać za okno... Yhm, już qwa lecę.. A on mi się wkręci we włosy, skąd będzie miał blisko do szyi i uczyni ze mnie postać, za którą ludzie będą latać z osikowym kołkiem i co gorsza - krzyżem... No fucking way!

Nasłuchiwałam pod drzwiami, co się dzieje w pozostałej części domu. I rzeczywiście się działo. Ewidentnie impreza kota z nietoperzem, przeniosła się z sypialni do dużego pokoju. Słyszałam odgłosy walki, syk i miauczenie. A potem nastała cisza... Dzierżąc w ręku do obrony, najgrubszego Harry'ego Pottera z półki Juniora, wychyliłam się by poznać wynik tej ustawki. Kot czekał na mnie pod drzwiami, dając wzrokiem do zrozumienia, że skoro prezent nie spodobał mi się żywy, to on go jak najbardziej wyeliminował...

Od tej pory, kot wychodzi na zewnątrz tylko w dzień. A ja w zasadzie chyba wolę już wstawać w nocy...


2 komentarze:

  1. ty absolutnie nic nie rozumiesz - te dary znoszone to wyraz jego bezgranicznej miłości do ciebie! zważ że nie ma pretensji o pozbawienie go męskości ;-) kocica mojej psiapsiółki urządzała polowania na balkonie, dnia pewnego w darze przyniosła gołębia, którego następnie na łóżku właścicielki wypatroszyła ;-) mnie kiedyś kot przyniósł myszkę, a jak skubaniec się nią bawił! moja rodzicielka uwielbiała swego czasu sroki, że takie piękne, czarno-białe, miłość się skończyła gdy zaobserwowała jak para srok wyrzuca z gniazda młode gawronów i niszczy, i na nic zdały się tłumaczenia o okrutnym świecie zwierząt. No mnie kiedyś w pośladek ugryzła świnia, jak pamiętasz scenę z Lesia CHMIELEWSKIEJ to wyglądało to podobnie i do dziś pojąć nie mogę dlaczego tylko ja się nie śmiałam ;p Zderzyłam się też z pszczołom... na biednym owadzie wymusiłam pierwszeństwo wychylając głowę na tor jej lotu i musiała rozbić się o mój nos żądląc przy tym dotkliwie. Co do Bazylego - przepiękny jest taki bursztynowy ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. heh rozumiem, rozumiem... Nawet momentami doceniam :)))

    OdpowiedzUsuń