Szukaj na tym blogu

niedziela, 27 maja 2012

Dzień Matki :p


Wczorajszy dzień (matki zresztą), zapisał się w mojej głowie jako pełen wrażeń. Z rana oglądanie podwórek, o których pisałam wcześniej. Potem w planie miałam jeszcze porządki domowe, a wieczorem film, w trochę odmiennym niż zwykle wydaniu... Kwiatów nie dostałam. Junior oznajmił, że ma świadomość ulubienia przeze mnie konwalii a tych nigdzie w pobliżu nie ma. W związku z tym, wyraził nadzieję, że lepsza koniunktura na ten rodzaj kwiatów zaistnieje za rok. W porządku! Tyle mogę poczekać...

Sprzątam więc sobie zapamiętale. Szoruję te wszystkie armatury i kafle. Po nich przyszła kolej na drewniane podłogi, które niczym Bożena Dykiel w „Znachorze”, pucowałam na kolanach. Gdzieś w połowie roboty, usłyszałam straszny dźwięk domofonowej melodii „Dla Elizy”. Specjalnie mnie to nie zdziwiło, bo domofon jęczy ciągle. Każdy kominiarz, listonosz, roznosiciel ulotek i komornik do sąsiadów – dzwoni nie wiedzieć czemu, zawsze pod mój numer.

Tym razem także usłyszałam obcy, damski głos. Jakaś pani, prosiła mnie bym zeszła na dół. Nie chciała wytłumaczyć o co chodzi. Normalnie, językiem ludzi kulturalnych, kazałabym jej spadać, jednak teraz poczułam, że chyba sprawa, faktycznie może być ważna. Zeszłam, kombinując po drodze powody, dla których obca baba, w sobotnie popołudnie zawraca mi głowę. 



Pod klatką, stała zaaferowana kobieta, a tuż obok – mój rodzony, brudny jak nieszczęście syn. Był też kolega, z którym wyszedł na dwór... Pani opowiedziała, że Junior się przewrócił. Tak nieszczęśliwie, że poharatał nogę o jakiś wystający kafel. Krew sikała na wszystkie strony. Kolega stracił głowę i latał w kółko, nie wiedząc co ma zrobić i jak pomóc. Na szczęście Junior, wykazał się przytomnością umysłu i poprosił jakieś dziecko, bawiące się na posesji, pod którą awaria nogi miała miejsce, żeby zawołało swoją mamę.

Cudza mama, przemyła ranę, roboczo ją opatrzyła i odwiozła autem Juniora pod dom z odległego zakątka Oruni. Powiedziała, że rana nie jest duża, ale głęboka a ilość krwi wskazuje, że mógł sobie uszkodzić jakieś istotne dla życia naczynia. Czyli szpital! Podziękowałam pani za postawę obywatelską i taryfą pomknęliśmy do Wojewódzkiego. Oczywiście nie wzięłam żadnych dokumentów. Nie było to jednak większą przeszkodą, bo Junior, jako stały klient Izby Przyjęć, widniał już w bazie danych komputera. Nerw mi przeszedł dopiero po tym, jak naklejono mu zieloną opaskę. Na specjalnej legendzie, doczytałam, że kolor ten oznacza pacjentów, którym medycyna wróży długie i szczęśliwe życie.

Miła i zmęczona pani doktor, pocerowała artystycznie nogę szwami chirurgicznymi. Powiedziała, że rana nie jest groźna, ale jest w takim miejscu, że traktujemy ją jako groźną... Tym sposobem zastał nas wieczór.

Junior nie jest z tych, co się nad sobą zbytnio roztkliwiają. Zatem plan na wieczorny film pozostał aktualny. Tego akurat dnia, na Oruni zorganizowano seans kinowy w ogródku za domem kultury. Ładny, ciepły wieczór i kino akcji w reżyserii Clinta Eastwooda. To trzeba było zobaczyć... Do podobnych wniosków doszło poza nami, zaledwie 9 osób... Fakt, po tym jak puścili najpierw kilkanaście jednominutowych a wybitnych etiud studenckich, też miałam ochotę się stamtąd zerwać...

Oto jedna z nich. Tytuł brzmiał „Nowhere”. Stoi facet w dziwnej pozycji, trzymając loda z wisienką. Na drugim planie, widz obserwuje przekrój żaby. Nagle facet miga na czerwono, a przekrój żaby rusza nogą. Koniec! :p Przyznacie, że nawet najbardziej oporny intelekt, po czymś takim - czuje się pobudzony co najmniej do refleksji...

Ja miałam jedną. Jak Junior wydobrzeje, będzie musiał zanieść, moje przydziałowe „dniomatkowe” kwiatki, do miłej pani z ulicy Zawiejskiej...

6 komentarzy:

  1. to ci Junior zorganizował święto, jednak na dzieci to zawsze można liczyć ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Juniora noga do wesela się zagoi :-)
    Podłoga na kolanach, czynność doskonale mi znana. Nie wiem dlaczego do mnie też zawsze dzwoni listonosz, kominiarz, ankieter tak jakby na domofonie było napisane "jestem w domu i nic nie mam innego do roboty tylko otwieranie drzwi"
    Ps. Ja sobie wczoraj sama zrobiłam prezent, rozwaliłam obiektyw :-(

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, do wesela zostało jeszcze parę lat. Na szczęście! Obiektyw rzecz nabyta, nie dość że będziesz miała nowy, to jeszcze pewnie lepszy od starego :D

    OdpowiedzUsuń
  4. To był właśnie nowy obiektyw, to wymarzonego aparatu. Na nowy takich grubych w kieszeni nie posiadam :-(

    OdpowiedzUsuń
  5. się nie obejrzysz a ci Junior synową do domu sprowadzi ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co Ty, weźmie przykład z Cioci Oli, zwlekając na maxa z ustatkowaniem się :p

      Graszko, przykro mi, że akurat nowy obiektyw szlag trafił. Jestem jednak dobrej myśli bo widziałam, że wymyśliłaś doskonały środek zaradczy w postaci kiermaszu. Będzie dobrze! :)

      Usuń