Szukaj na tym blogu

czwartek, 5 kwietnia 2012

Ułańska fantazja w wersji zastolnej :p

W mojej rodzinie panuje tradycja świecka (choć nie nowa), obchodzenia hucznych imienin przy suto zastawionym stole. Mówiąc "suto" nie mam na myśli wyłącznie jedzenia...

Zwykle liderem i moderatorem swobodnych już bardzo (z racji zastawienia), dyskusji, zostaje mój szanowny ojciec, który z uwagi na kresowe pochodzenie, ma wspaniały, obrazowy dar narracji (nawet na trzeźwo!). Cała  skupiona familia  dosłownie spija każde słowo z jego ust - Stanisław Lem przy moim ojcu to dokumentalista.

Każdy rok ma swój "lajtmotiw". Tym razem uwagę rodziny przykuła smutna opowieść o rasowym ratlerku z bardzo pasującym do tej rasy imieniem Lord... Ta dramatyczna i obfitująca w zaskakujące zwroty opowieść, działa się oczywiście na wileńszczyznie, w czasach, kiedy ta należała jeszcze do Polski.

Wspomniany Lordzik był ukochanym pupilem, oczkiem w głowie mojej babci. Kochała go całym sercem i rozpieszczała niemożliwie. Otoczony luksusem i miłością dożyłby psina zapewne sędziwego wieku, gdyby nie pewien feralny dzień.



Lordzik wyszkolony przez  pańcię żywił  stanowczą odrazę do alkoholu, a zwłaszcza tych, którzy z trunkami dla odmiany sympatyzowali. I stało się... Pewnego dnia, dziadek wrócił na tak zwanym „cyku” z jakiegoś przedwojennego rautu i natknął się przy drzwiach na szarżującego ratlerka. Legenda głosi, że chciał go delikatnie odsunąć.. butem co prawda - ale jednak. Niestety Lordzik jak każda istota, w której żyłach płynie błękitna krew okazał się nad wyraz delikatny i owegoż odsunięcia nie przeżył był...(Świeć Panie nad jego wierną duszą!) Babcia była podówczas nieobecną w domu, a dziadek? Dziadek wpadł w panikę!

Wysnuł szatański plan upozorowania samobójczej śmierci psa!!! Bo gdyby prawda wyszła na jaw zapewne podzieliłby los Lorda- był tego boleśnie świadomy... Na chwiejnych nogach porwał denata na ręce i wyniósł z mieszkania. Plan był taki, żeby położyć go na ulicy opodal kamienicy gdzie mieszkali.  Z kolei wizja lokalna, miała potem  wykazać, że Lordzika rozjechała chłopska furmanka, czy co tam poruszało się wówczas po drogach Wilna. Jak pomyślał tak też zrobił a nawet zaczął nieśmiało dostrzegać plusy w całym zajściu...Wszak raz na zawsze pozbył się konkurencji do serca babki Stanisławy!

Zadowolony, choć w lekkim napięciu czekał na powrót żony...  Jakież było jego zdziwienie, gdy wpadła do domu jak burza, tłukąc go gdzie popadnie (mam nadzieję, że  elegancką parasolką, ale źródła tego nie podają). Okazało się, ze plan, choć pozornie bez zarzutu, miał jednak pewne luki w wykonaniu. Otóż dziadek zawinął doczesne szczątki psa w dywanik, którego zapomniał jednakże przynieść z powrotem do domu.... Babcia jakoś nie chciała przyjąć do akceptującej wiadomości, że smętny rulon na drodze to pokłosie psiej depresji .

4 komentarze:

  1. Zbrodnia prawie doskonała... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No same zdolniachy widzę w rodzinie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, nie przeczę! Przez grzeczność oczywiście! :)

      Usuń