Szukaj na tym blogu

środa, 4 kwietnia 2012

Ruski snajper i tornado :p

Mój mąż robi mi wyłącznie niebanalne prezenty! Nie tak dawno  przywiózł mi na przykład żywego Ruska! Jako, że małżon jest „haroszyj czieławiek”, przygarnął uchodźcę wprost z krzaków we francuskim Calais...

Rzecz jasna wcześniej otrzymałam zdawkową informację o wzruszających kolejach losu tegoż. Otóż kryzys w kraju sprawił, że całą rodziną postanowili szukać szczęścia na zachodzie, wcześniej sprzedawszy  wszystkie swoje dobra.  Plan mizerny był taki, ze z Calais, wraz z ciężarną małżonką,  mieli się udać promem do Anglii, jednak angielskim celnikom jakoś nie przypadł do gustu paszport mojego późniejszego gościa.

Haroszyj czieławiek napoił ich kawą, nakarmił flakami, po czym zabrał ze sobą głowę rosyjskiej rodziny, by miała od nas bliżej do kraju i załatwiła, co załatwić trzeba. Na przykład bardziej wiarygodny paszport!


W załatwianiu zresztą, jak się później okazało Rusek był nader profesjonalny, gdyż miał doświadczenie jako snajper w Iraku. Do 15 „sztuk” dziennie załatwiał, ale jak twierdził filozoficznie: „takaja rabota...”

No i się pojawił, przy melodyjnych dźwiękach Allah Akbar ze swojej komórki. Zaprezentował wszystkie swoje liczne tatuaże pod kolekcją Prady i D&G, która skromnie je okrywała i od tej pory żyliśmy wszyscy zgodnie przez tydzień! (Miała być jedna noc!).

Podczas tych  nocy, Rusek uczył nas kantować w karty i przesiadywał w internecie, głównie nawijając via skype. Pa ruski u mienia taki se, ale moją uwagę przykuł zwrot „adin kiłogram!”. Myślę sobie, cholera - przecież nie rozmawia o odchudzaniu!!! Jawnie się tu wykonują pod moim praworządnym, oruńskim dachem jakieś narkodile!  Ale Rusek widząc, mój lęk, uspokoił mnie, że chodzi zaledwie o trotyl! No to, że tak powiem uff ;p

Życie w mojej dzielni stawia jednak wyzwania większe niż wojna w Iraku i koczowanie we francuskich krzakach...
Któregoś dnia, podejmując męską decyzję o pozostawieniu gościa samego w domu, pojechaliśmy  do kina. Oglądając w wygłuszonej sali film 3D, nie wiedzieliśmy, że na zewnątrz właśnie przetacza się małe tornado i zalewa Gdańsk. Po filmie, słysząc w radio info o sytuacji, zadzwoniliśmy do naszego Ruska, w którego głosie słychać było wyraźną panikę... Dowiedzieliśmy się, że:

1. dom trzeszczy i zapewne zaraz odleci,
2. woda cieknie z dachu i on nie nadąża podstawiać naczyń,
3. pies wyje, kot miauczy, a jak wiadomo zwierzęta mają „czutstwo”,
4. grad zabił gołębia na balkonie (widać u niewo czutstwa  niet!)
5. ogólny armagedon!

Dwudziestoletnia skoda, jeszcze nigdy nie pędziła tak szybko do domu. Na miejscu jednak zastały nas raczej dobre wiadomości. Nic wielkiego się nie stało, a jedynym skutkiem wydarzenia, była bardzo wyraźna trauma gościa. Natychmiast postanowił wyjechać w bardziej bezpieczne miejsce. Cóż, jak mawiają kulturalni ludzie: Bon vojage! :p

5 komentarzy:

  1. Toć ty Ewa masz talent pisarski! Słyszałem ostatnio, że Chmielewska 80 lat skończyła, więc pewnie niedługo umrze, niczym Szymborska, czy papież, ale ja się nie martwię, bo wiem kto ją zastąpi !

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak się sprężę to machnę nawet artykuł do frondy :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Udało się. Czytałam Ciebie wcześniej, więc trudno tu pisać o Twoim debiucie. Słyszałam też tą opowieść, ale bardzo fanie ją jeszcze raz tym razem przeczytać :-) Fajnie, że założyłaś swojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  4. opowiadałaś ale warto podkreślić tu tradycyjną polską gościnność ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gościnność jest zdecydowanie podmiotem lirycznym tej opowieści :)

    OdpowiedzUsuń