Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Rosół z kury :p


Jak byłam mała, chciałam zostać Indianinem! Ale nie squo, co to garbuje skóry i zbiera jagody, nosząc na plecach dzieci, tylko normalnym wodzem! Polowania, strzelanie do białych sukinkotów, dzikie okrzyki, a nade wszystko wykopywanie toporu wojennego. Tylko tak widziałam swoją przyszłość. :p

Los się do mnie uśmiechnął, bo nawet mieszkając na gdańskim Przymorzu, miałam okazję toczyć wojny, ze świeżo budującą się Zaspą. (Tak, tak - pamiętam, jeszcze pasące się tam krowy, kolejkę wąskotorową i lotnisko u schyłku działalności). Uzbrojenie dzieciaków było proste ale skuteczne. Po pierwsze proce "skoblówy". Skoble to małe kawałki sztywnego drutu, zagiętego w literę "U". Nie muszę mówić, że krew się lała, bardzo porównywalnie do tej w westernach... Po drugie - kamienie! I się tak naparzaliśmy po szkole, bo były to czasy, w których nawet debile potrafiły czytać i pisać. (Nikt jeszcze wtedy nie odkrył dysfunkcji uniemożliwiających opanowanie tych umiejętności :p)

Bojąc się wakacji, a co za tym idzie -regularnego frontu, rodzice upychali najczęściej wszystkie bachory, gdzieś po rodzinie. Ja je spędzałam u dziadków w podkościerskiej wsi. Ciężka orka od świtu po zmierzch, przeplatana jednak obrazkami, nie mającymi nic z orką wspólnego.

Wspominam sobie, jak spaliłam połowę zbiorów, bo starałam się dociec (w stodole), czy saletra naprawdę się pali? Jak wjechałam wozem zaprzężonym w konia, w pachnący nowością samochód marki Tarpan (pierwszego dnia po zakupie), na który  przez wiele lat wujek odkładał rolniczą krwawicę. Jak łapaliśmy z kuzynami bąki do pudełek po zapałkach, przywiązując im nitkę do odwłoków i biegając potem z owadami "na smyczy"...

                                                        Ja - lat 4! I nikt qrna nie fikał! :p

Nie mogłabym, chyba nawet w przybliżeniu oszacować ile razy dostałam tam w skórę (skądinąd jak najbardziej zasłużenie!) Najgorzej było chyba wtedy, gdy przyłapano mnie na polowaniu...

Przez cały okres żniwny jadło się na wsi okropne, wstrętne tudzież obrzydliwe peklowane mięso ze słoików. Żeby smakowało jeszcze gorzej, popijało się to paskudną kawą zbożową. I tak na okrągło, bo przy zbiorach w dużym gospodarstwie, nikt nie miał czasu zajmować się kuchnią.

Razu pewnego – niespodzianka – na stole nieoczekiwanie pojawił się rosół z kury i jej ugotowane szczątki do ogryzania. Okazało się, że kurę trzeba było humanitarnie dobić, bo w wypadku ze spadającą nań drabiną, bardzo ucierpiała...

Od tej pory, rosół z przydatkami,  pojawiał się dość regularnie. Do momentu, w którym babcia zaczęła obserwować z ukrycia wybieg dla drobiu, bo ta seria niefortunnych, kurzych wypadków zaczęła budzić w niej szczere wątpliwości...



Dwie noce spałam na brzuchu i nic nie pomogły tłumaczenia, że ja, tak tylko opierałam się o tę drabinę dla odpoczynku, a drabina pod ciężarem mego umęczonego pracą w polu ciała, po prostu się przewracała, i że to potężny przypadek, że akurat, jak raz - w polu rażenia łaził jakiś durny ptak...

Po tym jak nocą, nawpuszczałam chorej babci, świeżo nałowionych w sadzawce pijawek do łóżka, w celach jedynie medycznych, zamiast na wieś zaczęto mnie wysyłać na kolonie... Ale to już zupełnie inna historia... :p

10 komentarzy:

  1. wtedy jeszcze nie było programu szkoleniowego "surowi rodzice" ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. :D :D :D ... utrapienie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. I Ty się dziwisz, że pół podwórka schodziło Ci z drogi? ;)
    Chociaż o blok nikt żadnych drabin nie opierał...

    OdpowiedzUsuń
  4. Eeee, nie demonizuj mnie tak :p Aż tak znaczy... Były momenty, że chcieli do mnie wołać egzorcystę, ale wyrosłam na porządną dziewuchę! :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojj tak zgadzam się w pełni z tą porządna dziewucha ;D !!!

      Usuń
  5. (+1 za tekst, -5 za ignorancję w kwestii dysleksji i dysgrafii)

    OdpowiedzUsuń
  6. o boże, jak ja Cię lubię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba komentarz primaaprilisowy :) Udany, nabrałam się! :))

      Usuń