Szukaj na tym blogu

niedziela, 26 lutego 2017

Magiczny amulet



Za kilka dni mój Tata skończy 80 lat. Pamiętam z tego ledwie połowę, ale dobre to są wspomnienia. No może oprócz tego, że Mama kazała mi się wbijać w sukienki na powitanie Ojca wracającego z rejsu, dzięki czemu czułam pomieszanie radości z jego powrotu i potężny dyskomfort z powodu niecodziennego wdzianka. Z drugiej strony – tylko przy tej okazji udawała się ze mną ta sztuka. To były długie rejsy, więc i powroty przypadały średnio raz do roku. Tyle mogłam uczynić dla rodziców, którzy przez kilka godzin cieszyli się „normalną córeczką”.

Dawno temu ;)
A te powroty, zawsze oznaczały znaczne rozluźnienie codziennego reżimu. Tata pozwalał dłużej czytać, oglądać westerny, budował mi najlepsze bazy z koców i zabierał na super spacery do lasu gdzie z gałęzi powstawały indiańskie szałasy. Paliliśmy ogniska, piekliśmy ziemniaki i kiełbasy – po prostu bajka! Tata wówczas siadał, pykał fajkę i rzeźbił zwykłym scyzorykiem w znalezionym klocku drewna, a ja latałam po drzewach jak małpa. Oczywiście już nie w sukience. Był dumny kiedy opanowałam na pamięć większość nazw plemion i szczepów indiańskich. Inne dzieci  śpiewały piosenki i recytowały wiersze, a ja przed gośćmi sprawozdawałam wszystkie odłamy Siuksów. 

Rzeźba Taty wykonana tylko scyzorykiem


Tata zawsze opowiadał fascynujące historie.  O dalekim Wilnie, które opuścił jako repatriant w czasie wojny, o odbudowujących się z gruzów polskich miastach, o zwierzętach i roślinach.  Latał na szybowcach w Dęblinie, skakał ze spadochronem, pływał na statkach, zwiedził różne miejsca, których ja uczyłam się dopiero szukać na mapie świata. Zwykłe sytuacje, do dziś potrafi namalować słowem tak, że brzmią jak najwspanialsza przygoda.

Tylko Tata miał moc skutecznego wygaszenia moich strachów. Wielki, silny jak tur, potrafił się rozprawić zarówno z wodnikiem pod łóżkiem, jak i Zbójem Madejem w szafie na ubrania, którym nastraszył mnie starszy brat. Umiał nawet doprowadzić mnie na fotel dentysty. Gdy  w stanie wojennym nie mogłam zasnąć bo przerażona rozmowami dorosłych  czekałam na wybuch wojny, solennie  obiecał, że wszystko dobrze się skończy – wojny nie będzie. Uwierzyłam i spałam tak, jak wszystkie dzieci spać powinny. 

Teraz Tata nie może spać. Po śmierci Mamy bardzo dotkliwie przeżywa żałobę.  Chciałabym mieć moc przywracania spokojnego snu. Długo o tym myślałam, może rozwiązaniem znowu będą Indianie? Magiczny amulet "Łapacz snów"? Legenda głosi, że filtruje on nasz nocny odpoczynek. Negatywne uczucia i energie zostają na utkanej siatce, a wszystkie dobre i radosne spływają po piórach amuletu do nas i strzegą naszego snu.

Moja interpretacja łapacza snów
Własnoręcznie zrobiłam dla Taty łapacz snów. Urodzinowy prezent.  Nie jestem manualnym asem, ale się starałam. Mam nadzieję, że wszystkie moje ciepłe myśli, wspomnienia i wdzięczność  spłyną po piórach i amulet zadziała! Bardzo bym tego chciała.

piątek, 20 stycznia 2017

Pan z tobą :p


Pierwszy raz taka myśl pojawiła się latem. Ciepło, wolny dzień, Junior w studenckich rozjazdach, Małżon w pracy. Poszłabym sobie gdzieś, ale z drugiej strony – samej kompletnie mi się nie chce. Jakoś nie mam motywacji do samotnych spacerów. A gdybym tak miała psa, to wyjść z oczywistych względów bym musiała…

Druga  myśl wiązała się z samotnością Taty, który nie daje sobie rady z żałobą, a który psy kocha miłością odwzajemnioną.
- Tato, a może pies? – zapytałam któregoś dnia odważnie
-Oszalałaś? Na co mnie pies? Młody mnie przeżyje i będzie kłopot, a stary jeszcze zawinie się przede mną! Następna strata… 

No tak.  Racjonalne! Ale pewnie da się to jakoś obejść. Jak wiadomo każda racjonalność stanowi dla mnie wyzwanie i pokusę nie do odparcia o sile równej racjonalnym argumentom.  Zdecydowałam, że sama wezmę psa,  z którym będę Ojca odwiedzać, a on zapewni mu opiekę w jakichś krytycznych momentach typu wakacje. 

Decyzja zapadła. Moje chłopaki były za tym rozwiązaniem. Pozostało tylko  znaleźć kandydata.  Przeszukiwałam ogłoszenia adopcyjne ze schronisk, aż natknęłam się na to: „Fineasz i Ferb to dwa 6 miesięczne szczeniaki, które wraz ze swoją mamą błąkały się w małej miejscowości pod Tczewem. Bracia są jeszcze przestraszeni pobytem w schronisku ale powoli dochodzą do siebie i szukają kontaktu z człowiekiem.

 Fotografia z OTOZ Animals Tczew

„Ferb” - mały, kudłaty i wystraszony rzeczywiście skradł mi serce od pierwszego zdjęcia.
W przywiezieniu psa, pomoc zaoferował mój kuzyn. Co to była za podróż… Kundelek był tak przerażony, że lało się z niego każdym otworem ciała.  Październikowym popołudniem gnaliśmy do domu z otworzonymi  na przestrzał z potrzeby, wszystkimi oknami.  Pod domem psa przejął Junior, wsadzając go od razu do wanny, a ja resztę tegoż popołudnia spędziłam na szorowaniu wnętrza samochodu życzliwego do tamtego momentu, kuzyna.

Pies od razu schował się pod stołem. Leżał tam tydzień. Praktycznie bez ruchu. Nie miał nawet ochoty pozwiedzać nowego miejsca. Straszna trauma! Załatwiał się pod siebie, nawet nie podnosząc się na posłaniu. Oczywiście wynosiliśmy go co chwilę na dwór, ale tam też po prostu leżał w trawie. Zero kontaktu. W tej sytuacji wodę i jedzenie dostał pod ten swój stół.  Na szczęście korzystał dość chętnie.  Zabroniłam go zaczepiać. Udawaliśmy, że go nie ma i czekaliśmy…  Nawet kot jak zobaczył tę kupkę nieszczęścia, uznał, że jego pozycja alfy jest doprawdy niezagrożona i dał mu spokój. 


Po  tygodniu, zaczął podnosić głowę i rozglądać się. Uważnie nas obserwował, podczas gdy ja i Junior, dalej udawaliśmy martwych. Potem zaczął wstawać do miski, którą mu złośliwie odsuwałam o parę centymetrów, żeby robił choć parę kroków. Na dworze dalej leżał, to zaczęłam go zagarniać, podnosić i przestawiać kawałek. Utrzymywał się na nogach tylko chwilę. Wszystkie okoliczne BonŻury, zainteresowały się tą biedą. Pytały o zdrowie, chcieli przynosić miskę z wodą. Ilość fanów i kibiców regularnie wzrastała. 


Junior stwierdził, że im dłużej na niego patrzy, tym mniej wydaje mu się „Ferbem”. Uznał, że pies powinien mieć jakieś imię marynistyczne.  Rozważał nawet nazwanie psa „Pokładem” przez to ciągłe pokładanie, ale w końcu stanęło na Rumplu.
Każdego dnia notowaliśmy jakiś mały postęp. Podniósł uszy, podszedł dwa kroki, machnął ogonem itp. Po dwóch tygodniach prawie popłakałam się ze szczęścia jak zorientowałam się, że pies opierniczył mi kalosze! Uznałam, że już jest wicenormalny. Rumpel utrzymywał tempo normalnienia i po dwóch tygodniach, szalał już ze szczęścia na nasze powroty do domu.  Potem szalał ze szczęścia cały czas. Wierzcie mi – nikt tak się nie cieszy,  kiedy wychodzisz po dwóch minutach z kibla, jak Rumpel! Apogeum radości! 


Zaczął nawet szczekać.  Którejś nocy  odnalazł w sobie wewnętrznego stróża i ujadał. Równo co godzinę wyrywając nas ze snu. Zaczęłam się już martwić o stosunki dobrosąsiedzkie, kiedy sprawy wziął w swoje łapy Kocur. .. O ile znam mojego starego kotka, przekazywał Rumplowi coś w stylu:
- Zamknij ryj kloszardzie! Pan ma relaks! 
 Pies nie mógł go nie posłuchać. Po prostu nie mógł…

 Byłam przekonana, że kot zjadł mi psa...

Teraz to już chojrak. Minęły ponad 3 miesiące. Bawi się z psami, biega za piłką, opiernicza buty oraz książki, zna proste komendy, a spacery z nim to wielka przyjemność. Rozumie nawet komendę : „Pan z tobą” – co w języku mojego domu oznacza, że o wyjście należy gnębić Juniora.   Z całą pewnością było warto! 

PS. Dziadek… Rozpuszcza Rumpla maksymalnie. Cały czas przywozi mu zabawki, smakołyki. Kupił profesjonalne posłanie „żeby piesek miał od dziadka”, a przy tym wszystkim jest jedyną osobą, na którą pies warczy! To tyle jeśli chodzi o moje plany ;)


 Świnia od Dziadka do samodzielnego montażu


czwartek, 19 stycznia 2017

Ponure kalendarium



Po roku z małym okładem, pierwszy raz zalogowałam się na Mordownię. W międzyczasie różnie sobie  o niej myślałam, jednak nie zdecydowałam się jakoś na jego „formalne” zamknięcie i wzniosłe pożegnanie.  Pewnie w głębi serca czułam, że jeszcze tu wrócę.  Chociaż w sumie wystrzeliłam w kosmos fanpejdżyk na Facebooku.  To miał być taki pierwszy krok do totalnej likwidacji bloga. 

Żeby nie było dziury – pokrótce zrecenzuję wydarzenia z czasu, kiedy mnie tu nie było. Cokolwiek chciałabym napisać i tak będzie się to w pewien sposób łączyło z poniższym kalendarium. 

Luty:  Moje okrągłe urodziny. Spędziłam je cudownie w czeskiej Pradze z Małżonem i moją przyjaciółką. Knedliki uważam za przereklamowane, ale reszta bardzo mi się podobała.

Marzec: Junior skończył 18 lat. Bardzo surrealistyczne uczucie kiedy metryka dziecka robi na Tobie większe wrażenie niż własna. Wszedł w dorosłość jedząc na balkonie, przed publicznością szwedzkie Surströmming – czyli zgniłe śledzie, śmierdzące zupełnie nieporównywalnie do niczego innego! (dlatego ten balkon). Na tę okoliczność przygotowałam mu również obciachową zdjęciową prezentację, którą wyświetlałam na ścianie w NAPRAWDĘ dużym formacie. 

Kwiecień: Czarny miesiąc... Nagle umarła moja Mama, a Małżon tego samego dnia miał wypadek.

Maj i czerwiec: Matura Juniora. Bardzo się o bałam o jej wynik z uwagi na powyższe. Na szczęście wszystko poszło dobrze. Junior jak to Junior – po prostu dał radę!

Lipiec: oczekiwanie na wynik rekrutacji akademickiej Juniora. Sukces – Młodziak dostał się z wysoką lokatą na wymarzoną Akademię Morską. 

Sierpień: odrobina deszczowych i przenudnych wakacji

Wrzesień: Małżon wydobrzał na tyle, że wrócił do pracy. 

Październik: Decyzja o przygarnięciu psiaka ze schroniska. O tym napiszę szerzej w następnym poście.


Listopad: Najsmutniejsze Święto Zmarłych ever

Grudzień: Najsmutniejsze Święta ever. Tuż po nich, poznaliśmy juniorową dziewczynę, o której co prawda, mowa była już dużo wcześniej, ale że mieszka pod Krakowem i studiuje na UJ, okazja pojawiła się dopiero podczas świątecznej przerwy. 

W międzyczasie zostałam też „działaczką sportową”, angażując się w powstanie nowej gdańskiej drużyny futbolowej. Starą szlag trafił, a Junior w końcu musi gdzieś trenować ;) 

Tak więc działo się sporo,  i to najczęściej – zupełnie niezabawnie.  Czuję, że pora się powoli otrzepać.




piątek, 8 stycznia 2016

Także tego... :p

Zawsze narzekałam na moje ubogie życie senne. Małżon i Junior snują co rano opowieści o swoich zawiłych przeżyciach, a ja tylko z zazdrością słucham historii np. o skrzydełkach KFC w kaskach futbolowych, walczących na śmierć i życie z karłami... Łączą je tylko dwie rzeczy: totalny absurd i zapierająca dech w piersi fabuła. U mnie senna posucha!

Znaczy tak myślałam do momentu aż zaczęłam zażywać aspirynę na przeziębienie. Podkręcony gorączką lek, zniwelował mi trochę dawne braki.

Najpierw oczom moim zamkniętym ukazała się wizja! Otóż Polskę, a na pewno jej północną część, miało zalać tsunami. Nie wiadomo kiedy, ale wiadomo, że miało... Nie tracąc we śnie skłonności do natychmiastowego działania, postanowiłam wespół z rodziną pierdyknąć na tarasie ARKĘ, wzorowaną na dobrych biblijnych przykładach, tylko nieco mniejszą w skali, gdyż taras ma swoje ograniczenia gabarytowe, co wrodzony rozsądek również kazał wziąć mi pod uwagę.

Arka na moim tarasie :p 
Małżon triumfował, bo nagle się okazało, że wszystkie pieczołowicie zbierane przez niego pod hasłem „przyda się” śmieci, są nadzwyczaj użyteczne w sytuacji, kiedy żona nagle zapragnie arki! Na tarasie! No to budujemy tę arkę, widmo zagrożenia oddala się od nas coraz bardziej, kiedy pojawiła się w nas nagła, pożyteczna refleksja! „KURDE, TO PRZECIEŻ ARKA, CO SIĘ TAK BĘDZIE MARNOWAŁA TYLKO Z NAMI??? ” To był idealny wstęp do gwałtownej i zażartej kłótni o to, kogo zamierzamy uratować...

Dość powiedzieć, że typy były różne. Każdy z nas wskazywał bliskie ciału koszule, które jednakowoż nie zmieściłyby się wszystkie. Trzeba było dyplomatycznego kompromisu i w zgodzie z tym duchem zapadła salomonowa decyzja: Zabieramy po jednym Żurze spod każdego oruńskiego sklepu!

Postanowienie to jedno, a wykonanie – zupełnie coś innego... Jak wspomniałam, termin kataklizmu był dość niejasny. Żeby akcja miała szansę powodzenia, trzeba by było trwać na nieustającym stendbaju, cały czas nieopodal arki, a to z kolei oznaczało, że Żury musiałyby bezterminowo koczować w naszym salonie, który to pomysł natrafił jednak we mnie na jakiś cień oporu, (nawet wziąwszy pod uwagę wiszący nad nami wszystkimi kataklizm!).

Ten wewnętrzny konflikt rozwiązał się sam, bo Żury odmówiły współpracy i odejścia spod sklepu, nawet za cenę utraty życia!  Nim nadeszło tsunami, szczęśliwie się obudziłam i straty w ludziach nie są mi znane.

Przebiedowałam kolejny dzień z łapiącą za gardło anginą. Znów łyknęłam aspirynę i tym razem Morfeusz przyprowadził do mnie Slasha, gitarzystę z Guns n' Roses.Nie bez powodu przyprowadził, bo na  terapię! Najpierw ustaliliśmy, że skoro ja nie bardzo biegle władam angielskim, a on nie mówi po polsku, to najlepiej będzie, jeśli porozumiemy się w języku, którego oboje NIE ZNAMY TAK SAMO!

Slash powierzał mi różne troski, których przeważnie nie rozumiałam, ale generalnie, nie czuł się ze sobą dobrze w swojej czuprynie, która stanowi przecież jego znak rozpoznawczy, tak samo jak gitarowe rify. Spytałam czy widzi siebie w jakiejś innej fryzurze, która dobrze by oddawała to kim jest? Tako rzekł mi Slash...



              Plastyczne opracowanie wszystkich moich wizji wziął na siebie (jak zwykle) Dominik Paszliński ;)

-  Pamiętasz początek lat 90- tych? Kariera naszej kapeli była wówczas w rozkwicie. Widziałem wtedy film z Robinem Williamsem „Pani Doubtfire”, kojarzysz? - Zawsze chciałem chodzić w takim... uładzonym koczku! Koniecznie blond! Ta fryzura dokładnie odzwierciedla mój temperament, osobowość i muzykę, którą czuję!

Także tego...Idę po wieczorną aspirynę! :p



niedziela, 20 grudnia 2015

Artykuł niesponsorowany :p

Każdy ma jakiś punkt odniesienia. Na Oruni, takim miejscem dla mnie,  jest zdecydowanie warzywniak!  (Mam zresztą nieodparte wrażenie, że nie pierwszy raz występujący na "łamach"  tego bloga... ) Otóz jeśli nie usłyszę o czymś w tymże warzywniaku, można spokojnie uznać to wydarzenie za niebyłe!

Dbałość o klienta przejawia się również tym, że jak od czasu do czasu w zakupach postanowi mnie wyręczyć inny domownik, niestety nie dane mu będzie kupić tego, co akurat chce. W zależności, kto mnie akurat reprezentuje, ten słyszy:
- Ale żona/mama, to ZAWSZE  bierze u nas inne jabłka! :p
Szach i mat! Wracają z tym na co ja mam ochotę, a nie, jakieś tam breweryje!

Warzywniak dysponuje także nietuzinkowym asortymentem. Z nieoczywistych rzeczy kupowałam tam: pokarm dla rybek, żwirek dla kota czy kwiaty. Kilka lat wstecz były tam także beczki z żywymi karpiami.

Wczoraj poszłam po włoszczyznę na świąteczny  pasztet, ale zamiast tego wróciłam z choinką w doniczce! Stała w celach reklamowych, ale stałej klientce to przecież sprzedadzą, żeby nie musiała dźwigać z daleka!



Zamówiłam też ciasto, jak to kurde w zieleniaku!  Pani spytała mnie o nazwisko, żeby móc zapisać zamówienie. Podałam... W odpowiedzi usłyszałam:
- Eeeee, bez sensu! I tak nie będę wiedziała o kogo chodzi. Lepiej  zapiszę sobie "PA - NI    ŻWIREK"...  Podejrzewam, że od jakiegoś czasu mogę funkcjonować pod tym artystycznym pseudonimem ;)


Tak czy inaczej, choinka juz  stoi kotu na pociechę! Życzę wszystkim Wesołych, rodzinnych  Świąt, miłego obżarstwa i Kevina na każdym programie telewizyjnym! Aaa i dossskonałego Nowego Roku! Niechaj nadchodzący 2016 wszystkim Wam sprzyja! ;)