Szukaj na tym blogu

Ładowanie...

piątek, 8 stycznia 2016

Także tego... :p

Zawsze narzekałam na moje ubogie życie senne. Małżon i Junior snują co rano opowieści o swoich zawiłych przeżyciach, a ja tylko z zazdrością słucham historii np. o skrzydełkach KFC w kaskach futbolowych, walczących na śmierć i życie z karłami... Łączą je tylko dwie rzeczy: totalny absurd i zapierająca dech w piersi fabuła. U mnie senna posucha!

Znaczy tak myślałam do momentu aż zaczęłam zażywać aspirynę na przeziębienie. Podkręcony gorączką lek, zniwelował mi trochę dawne braki.

Najpierw oczom moim zamkniętym ukazała się wizja! Otóż Polskę, a na pewno jej północną część, miało zalać tsunami. Nie wiadomo kiedy, ale wiadomo, że miało... Nie tracąc we śnie skłonności do natychmiastowego działania, postanowiłam wespół z rodziną pierdyknąć na tarasie ARKĘ, wzorowaną na dobrych biblijnych przykładach, tylko nieco mniejszą w skali, gdyż taras ma swoje ograniczenia gabarytowe, co wrodzony rozsądek również kazał wziąć mi pod uwagę.

Arka na moim tarasie :p 
Małżon triumfował, bo nagle się okazało, że wszystkie pieczołowicie zbierane przez niego pod hasłem „przyda się” śmieci, są nadzwyczaj użyteczne w sytuacji, kiedy żona nagle zapragnie arki! Na tarasie! No to budujemy tę arkę, widmo zagrożenia oddala się od nas coraz bardziej, kiedy pojawiła się w nas nagła, pożyteczna refleksja! „KURDE, TO PRZECIEŻ ARKA, CO SIĘ TAK BĘDZIE MARNOWAŁA TYLKO Z NAMI??? ” To był idealny wstęp do gwałtownej i zażartej kłótni o to, kogo zamierzamy uratować...

Dość powiedzieć, że typy były różne. Każdy z nas wskazywał bliskie ciału koszule, które jednakowoż nie zmieściłyby się wszystkie. Trzeba było dyplomatycznego kompromisu i w zgodzie z tym duchem zapadła salomonowa decyzja: Zabieramy po jednym Żurze spod każdego oruńskiego sklepu!

Postanowienie to jedno, a wykonanie – zupełnie coś innego... Jak wspomniałam, termin kataklizmu był dość niejasny. Żeby akcja miała szansę powodzenia, trzeba by było trwać na nieustającym stendbaju, cały czas nieopodal arki, a to z kolei oznaczało, że Żury musiałyby bezterminowo koczować w naszym salonie, który to pomysł natrafił jednak we mnie na jakiś cień oporu, (nawet wziąwszy pod uwagę wiszący nad nami wszystkimi kataklizm!).

Ten wewnętrzny konflikt rozwiązał się sam, bo Żury odmówiły współpracy i odejścia spod sklepu, nawet za cenę utraty życia!  Nim nadeszło tsunami, szczęśliwie się obudziłam i straty w ludziach nie są mi znane.

Przebiedowałam kolejny dzień z łapiącą za gardło anginą. Znów łyknęłam aspirynę i tym razem Morfeusz przyprowadził do mnie Slasha, gitarzystę z Guns n' Roses.Nie bez powodu przyprowadził, bo na  terapię! Najpierw ustaliliśmy, że skoro ja nie bardzo biegle władam angielskim, a on nie mówi po polsku, to najlepiej będzie, jeśli porozumiemy się w języku, którego oboje NIE ZNAMY TAK SAMO!

Slash powierzał mi różne troski, których przeważnie nie rozumiałam, ale generalnie, nie czuł się ze sobą dobrze w swojej czuprynie, która stanowi przecież jego znak rozpoznawczy, tak samo jak gitarowe rify. Spytałam czy widzi siebie w jakiejś innej fryzurze, która dobrze by oddawała to kim jest? Tako rzekł mi Slash...



              Plastyczne opracowanie wszystkich moich wizji wziął na siebie (jak zwykle) Dominik Paszliński ;)

-  Pamiętasz początek lat 90- tych? Kariera naszej kapeli była wówczas w rozkwicie. Widziałem wtedy film z Robinem Williamsem „Pani Doubtfire”, kojarzysz? - Zawsze chciałem chodzić w takim... uładzonym koczku! Koniecznie blond! Ta fryzura dokładnie odzwierciedla mój temperament, osobowość i muzykę, którą czuję!

Także tego...Idę po wieczorną aspirynę! :p



niedziela, 20 grudnia 2015

Artykuł niesponsorowany :p

Każdy ma jakiś punkt odniesienia. Na Oruni, takim miejscem dla mnie,  jest zdecydowanie warzywniak!  (Mam zresztą nieodparte wrażenie, że nie pierwszy raz występujący na "łamach"  tego bloga... ) Otóz jeśli nie usłyszę o czymś w tymże warzywniaku, można spokojnie uznać to wydarzenie za niebyłe!

Dbałość o klienta przejawia się również tym, że jak od czasu do czasu w zakupach postanowi mnie wyręczyć inny domownik, niestety nie dane mu będzie kupić tego, co akurat chce. W zależności, kto mnie akurat reprezentuje, ten słyszy:
- Ale żona/mama, to ZAWSZE  bierze u nas inne jabłka! :p
Szach i mat! Wracają z tym na co ja mam ochotę, a nie, jakieś tam breweryje!

Warzywniak dysponuje także nietuzinkowym asortymentem. Z nieoczywistych rzeczy kupowałam tam: pokarm dla rybek, żwirek dla kota czy kwiaty. Kilka lat wstecz były tam także beczki z żywymi karpiami.

Wczoraj poszłam po włoszczyznę na świąteczny  pasztet, ale zamiast tego wróciłam z choinką w doniczce! Stała w celach reklamowych, ale stałej klientce to przecież sprzedadzą, żeby nie musiała dźwigać z daleka!



Zamówiłam też ciasto, jak to kurde w zieleniaku!  Pani spytała mnie o nazwisko, żeby móc zapisać zamówienie. Podałam... W odpowiedzi usłyszałam:
- Eeeee, bez sensu! I tak nie będę wiedziała o kogo chodzi. Lepiej  zapiszę sobie "PA - NI    ŻWIREK"...  Podejrzewam, że od jakiegoś czasu mogę funkcjonować pod tym artystycznym pseudonimem ;)


Tak czy inaczej, choinka juz  stoi kotu na pociechę! Życzę wszystkim Wesołych, rodzinnych  Świąt, miłego obżarstwa i Kevina na każdym programie telewizyjnym! Aaa i dossskonałego Nowego Roku! Niechaj nadchodzący 2016 wszystkim Wam sprzyja! ;)

sobota, 5 grudnia 2015

Koniec projektu :p

Czuję deadline opiekuńczo – wychowawczy! Za trzy miesiące mam zamiar oddać światu dosssskonały, samodzielnie funkcjonujący - 18 letni produkt. Czasu coraz mniej, dlatego trzeba go maksymalnie efektywnie wykorzystać. Co prawda zarys projektu wygląda bardzo obiecująco, ale warto jeszcze to i owo poprawić, doszlifować i udoskonalić. Innych szans już nie będzie.

Pozytywnie odhaczone: samodzielne myślenie, wrażliwość, poczucie humoru i odwaga oraz szacunek do pracy fizycznej, a więc nieprzeładowana, dobra baza do wszystkiego innego.

To co wymaga jeszcze odrobiny rodzicielskiej interwencji to wypoziomowanie poczucia własnej wartości, która jak u każdego niemal nastolatka jest niestety powiązana z własną fizycznością czyt. atrakcyjnością. Przydałoby się też ciut więcej „łokci” i przebojowości, dlatego trzeba było wyciągnąć znowu magiczny, rodzicielski kocioł do mieszania potrzebnych, starannie wybranych składników.

Na początek - futbol amerykański, o którym mówi się, że jest najbardziej zespołowym sportem ze wszystkich innych, przynosi tutaj spektakularne efekt! Po sześciu miesiącach intensywnych treningów poprawił się zarówno wizerunek młodziaka, ale też systematyczność, powiązanie wkładu pracy z postawionym celem, chęć walki i wiele innych rzeczy. Męska grupa potrafi mieć terapeutyczną moc, zwłaszcza taka, której sensem istnienia jest braterstwo, poczucie odpowiedzialności za innych i wzajemna dbałość o bezpieczeństwo, które w każdym momencie narażone jest na szwank... Sport fajny i widowiskowy, ale psychologia wspólnego działania to dopiero czad! 

No i szacunek. Wiecie, że jak zawodnik na meczu odniesie kontuzję, uniemożliwiającą dalszą grę, to wszyscy pozostali gracze przyklękają na jedno kolano?

Długo nie zapomnę meczu w Koszalinie, kiedy tuż przed nim, ujrzałam wysiadającego z samochodu zawodnika przeciwnej drużyny (Husaria Szczecin)... On wysiadł, a uwolniony od ciężaru właściciela samochód, podniósł się dosłownie o jakieś pół metra! Byłoby nawet zabawnie, gdyby nie fakt, że za chwilę ten monstrualny facet ulokował się akurat dokładnie naprzeciwko mojego maleństwa! :p Zaraz po tym, jak zdecydowałam się z powrotem otworzyć oczy, przekonałam się, że Junior nie tylko przeżył, ale także sobie poradził! ;)

Do tego siłownia z personalnym trenerem. Junior atawistycznie marzy o pokonaniu na rękę Ojca swego – siłacza. Co miesiąc sprawdzają postępy i w tej chwili, choć Junior jeszcze przegrywa, nawiązuje już walkę. Małżon (nie bez pewnej goryczy) szacuje, że niedługo będzie musiał ustąpić pola synowi. Ale to mądry Mufasa, więc godnie akceptuje fakt, że nawet po przegranej, dalej będzie królem lwem, tylko po prostu z godnym siebie następcą. 

 Namysł Małżona przy grze w szachy - żeby nie było! :p 
Najtrudniejsza (dla mnie osobiście) faza projektu to dieta... Czarne chmury zawisły nad naszym rodzinnym hedonizmem! Od kilku miesiecy mierzę się bowiem z tym trudnym wyzwaniem z pomocą nadpobudliwej acz profesjonalnej dietetyczki.

Wstaję o piątej rano żeby przed wyjściem do pracy przygotować Juniorowi 3 posiłki z precyzyjnej listy, które będzie spożywał pod moją nieobecność. Dwa śniadania i podwieczorek, który u nas wchodzi przed obiadem. Po powrocie z pracy spędzam czas na poszukiwaniu potrzebnych produktów typu: ksylitol, pasztety z soi, kozie jogurty, albo chleb gryczany..., a potem montuję dietetyczny obiad oraz kolację. Wieczorem robię skomplikowane listy zakupów na kolejny dzień. Gdybym miałam pisywać w tym czasie na blogu, to chyba tylko o żarciu, które z mozołem wykonuję...

Szaszłyczek :p  

 sałatka z granatem :p 

 omlet z kiwi :p  
 koktail z pietruszki :p 
Żeby sobie powetować stratę, namiętnie oglądamy programy kulinarne. Albo futbolowe cooking challenge, w którym wartość kaloryczna jednego posiłku, z powodzeniem starczyłaby nam na pół roku...

Junior jest w dużym rozdarciu, bo każdy dodatkowy kilogram jest na wagę złota w drużynie futbolu, a tu zalecenie pozbycia się aż 15 z nich. Na szczęście, z sukcesem zmierzamy powoli do finału. Junior schudł dokładnie tyle ile miał, a ja przeżyłam i zostałam nawet pochwalona przez panią dietetyczkę, za wzorową współpracę! No ja myślę! Łatwo nie było. Las dziewczęcych rąk przy parowaniu do studniówkowego Poloneza, potwierdził Juniorowi dobry kierunek działania :)

Wiele wskazuje na to, że się ze wszystkim wyrobię na czas! ;)



niedziela, 13 września 2015

Chicago na dożynkach :p

W zeszłym tygodniu miałam okazję brać udział w zupełnie wyjątkowym lokalnym wydarzeniu. Dorocznym koncercie bluesa, który staje się powoli oruńską tradycją. Obstaję przy wrażeniu, że nigdzie nie odbywa się nic podobnego!

W tym roku koncert ponownie miał miejsce na oruńskich, malowniczych działkach i był połączony z... dożynkami. Przy wejściu na działki stał drogowskaz segregujący strumień ludzi. W prawo do świetlicy na wspomniane dożynki, w lewo do niebanalnej altanki Eda Bluesa na koncert. Najpierw skierowałam się w lewo do znanej mi już z wcześniejszych imprez - mini jaskini kulturalnej Eda.


A tam, na końcu planszy i pośrodku niczego stroili instrumenty muzycy. Bluesman z Chicago, Gary Erwin w towarzystwie bydgoskiego zespołu Green Grass i bębniarzy znanego w Polsce Nigeryjczyka, Larry'ego Ugwu. No macie coś takiego u siebie? Na działkach ogrodowych typu RODOS???

Okazało się, że nim koncert się rozpocznie, wszyscy zebrani muszą się jednak udać na uroczyste otwarcie dożynek. To poszliśmy, zwłaszcza że było to okraszone obietnicą darmowej kiełbachy i piwa. A w tej świetlicy, czego tam nie było? W rogu zebrano okazałe plony pracowitych działkowiczów. 


Na stoliki wjeżdżało kontrowersyjne menu: chleb ze smalcem, kiszone ogóry a do tego wszystkiego ciasto. Mina gościa z Chicago – bezcenna. Mam nadzieję, że nie odchorował, bo go bardzo polubiłam :p

Wpadł nawet clown z walizką. 



Działkowicze do wymienionych przekąsek dokładali własnym sumptem sporo napojów, wedle uznania, a największym cieszyła się oczywiście polska, tradycyjna wódeczka, po spożyciu której przejście z powrotem na koncert nie wydawało się już takie atrakcyjne. Domagali się żeby muzycy przenieśli instrumenty do świetlicy i zabawiali ich na miejscu. Bez skutku. Kto chciał poczuć bluesa, ten musiał podźwignąć się z krzesła i udać się pod przygotowaną wcześniej scenę. 


Na szczęście sporo osób jednak chciało i  koncert mógł się rozpocząć. Petarda! Znane kawałki takie jak Caledonia, Louisa Jordana, My Babe, Little Waltera czy Got my mojo working, Muddy'ego Watersa wprawiły ciała w ruch. Nawet moje - przysięgam! ;) 

Fot. Zbyszek Petrak

Fot. ZbyszekPetrak

Sytuacja była o tyle nietypowa, że zajęłam strategiczne miejsce za muzykami, z tyłu ogrodu. Mogłam dzięki temu obserwować, jak się bawią inni, nikt nie zasłaniał i miałam nad głową dach, który wkrótce okazał się mocno przydatny. Lunął wrześniowy deszcz, który przepędził widzów pląsających pod sceną. Zostało jednak kilka osób z tyłu - koncert trwał, a muzycy siedząc tyłem do nas, dawali czadu dalej. 


- Gary, powiedz, grałeś już kiedyś tyłem do widowni? :p
- Nieeeee, to był absolutnie pierwszy raz!  Zupełnie niezwykłe doświadczenie...
- A w takim miejscu podobnym do działki Eda, występowałeś wcześniej?
Tu Gary uśmiechnął się szeroko i starannie cyzelując głoski powiedział nowo opanowane polskie słowo: Do-żiin-ki!

Fot. Zbyszek Petrak

Ciekawe co Ed Blues wymyśli za rok? Czekam na kolejne niezwykłe jam session! ;) 

niedziela, 30 sierpnia 2015

Mural utkany ze wspomnień :p

Jakiś czas temu zatelefonował do mnie kolega rzekłszy:
-  Słuchaj, chciałbym zapytać czy może Cię odwiedzić w domu taka jedna fajna artystka?
-  Artystka? A na co mi w domu artystka? Nawet fajna? Mam już kota! :p
-  To malarka, poszukuje inspiracji do pomalowania oruńskiego tunelu!

O fak! Nigdy nie miałam złudzeń, że moja rudera załapie się do jakichś designerskich programów o wystroju wnętrz, ale jednak wystrój tuneli kolejowych też wydał mi się w pierwszym momencie, dość osobliwy... Potem przyszedł moment drugi, kiedy zwyciężyły ciekawość i wrodzony przymus pomagania.

Artystka Ania, zastała mnie przy gotowaniu zupy ogórkowej, czyli w idealnym momencie do rozmowy o sztuce i kulturze. Mieszając w garze odpytywałam ją o plany pomalowania tunelu i istnienie związku między tą czynnością, a wizytą w moim domu, który to związek nadal był dla mnie... dość niejasny.

Ania, projektując nowy wizerunek podziemnego przejścia (stary mogliście zobaczyć w ostatnim wpisie), przyjęła założenie, że namaluje mozaikę składającą się z różnych przedmiotów ważnych dla mieszkańców. Takich, które mają ciekawą historię, albo są po prostu lubiane przez gospodarzy. Stąd pomysł odwiedzin w oruńskich domach.

Ania Taut przy pracy ;)

Oruniacy, chętnie pokazywali Ani najróżniejsze przedmioty. Oglądała stare kafle, antyczne meble, pamiątkowe koronkowe serwety, biżuterię, ale także ukochaną koszulę w kratę czy gazety sprzed czterdziestu lat. Oruniacy mają poczuć, że tunel, którym codziennie przechodzą jest taki „naprawdę ich”. Wszystkie te rzeczy Ania skrupulatnie fotografowała, by potem przenieść kształty, faktury i ludzkie wspomnienia na ściany tunelu.

Mozaika z oruńskich przedmiotów - koronka jak żywa!

W którym domu jest klucz do tego zamka? ;)

Kafel, chyba z pieca ale pewności nie mam ;)

Tu padło nieuchronne pytanie, co ja chciałabym uwiecznić? Czy jest przedmiot, do którego jestem szczególnie przywiązana? Czy łączy się z nim jakaś wyjątkowa historia?

Refleksja sprawiła, że poczułam się jak muzealny kustosz w swoim własnym domu. Doszłam do wniosku, że mam bardzo mało przypadkowych przedmiotów. Niemal każdy ma za sobą jakąś opowieść i to w zasadzie jest jedyny klucz, który łączy je wszystkie razem. Z pozoru ni cholery nie pasują. Są tu: stary kredens, łóżko spod Bydgoszczy, stolik od przyjaciółki, rzeźba zrobiona przez Tatę, obrazy które malował stryj... Weź tu coś wybierz człowieku.

Junior bez namysłu wskazał futbolową piłkę, która w ostatnim czasie towarzyszy mu wszędzie. Ja, po namyśle wskazałam "zaręczynowego murzyna"  - fragment naszej osobistej historii rodzinnej, szytej przeze mnie i Małżona.

Są i nóżki przypominające początek mojej własnej komedii romantycznej ;)

Potem jeszcze zaprowadziłam Anię na kultowe oruńskie podwórko które w pojedynkę, mogłoby stanowić inspirację dla rzeszy artystów dziedzin wszelakich. Na kamienicy wiszą tam na przykład tablice edukacyjne z budową raka stawowego czy ilustracje grzybów trujących. Prościej byłoby zresztą wymienić rzeczy, których tam nie ma. ;)

Już niedługo tunel będzie gotowy. Codziennie rano obserwuję postępy pracy Ani. Są blyskawiczne bo każdego dnia spędza tam po 12 godzin. Oruniacy donoszą jedzenie i piwo. Wszystkim się podoba, żadni malkoltenci się do tej pory nie ujawnili. 

Czego życzą sobie oruniacy? ;)

Bon- żury, solennie obiecują dopilnować muralu, żeby żadna menda nie zniszczyła naszych oruńskich, uwiecznionych wspomnień. Dzięki Aniu, to była fajna przygoda! ;))